Dzień 1. – Przelot do Mexico City
// Lipiec 1st, 2010 // Bez kategorii
Swą wielką wyprawę do Meksyku rozpocząłem na lotnisku w Gdańsku, gdzie o godz. 8:15 siedząc w samolocie LOTu wystartowałem w kierunku Frankfurtu nad Menem. Wylądowałem tam o godz. 10:00 i musiałem jakoś zagospodarować sobie 4 godziny pozostałe do odlotu lotu LH 498 do Mexico City. Czas ten spożytkowałem robiąc porządki na laptopie oraz czytając kupioną w lotniskowej księgarni książkę „The God Delusion” („Bóg urojony”) Richarda Dawkinsa. Książka ta, choć droga, bo kosztująca 14 euro zapewniła mi szybsze płynięcie czasu na lotnisku oraz w samolocie. Bardzo ciekawa lektura, warta wydanych pieniędzy.
Około godz. 14:15 znalazłem się w Boeingu 747-400 linii Lufthansa. Pierwszy mój lot tego typu maszyną. Klasa ekonomiczna dość ciasna, ale nie ma co narzekać. I tak wygodniej niż w polskich autokarach. Lot trwał w przybliżeniu 12 godzin, Lufthansa zaskoczyła mnie pozytywnie jakością podawanych posiłków – nie były duże, ale zaskakująco smaczne i ogólnie wystarczające na czas podróży. Do tego darmowe napoje w dowolnej ilości. Przyjemnie.
Lot przebiegał nad Grenlandią – widok tej wyspy wywołał na mnie ogromne wrażenie – piękne, ośnieżone szczyty, fiordy, połacie lodowca – aż mi przeszło przez myśl, by kiedyś się tam wybrać. Ciekawe, czy podołam ![]()
Poniżej kilka zdjęć, które zrobiłem podczas tego przelotu. Niestety komórką, bo dostęp do sprzętu miałem nieco utrudniony.
Niestety zdjęcia nie odzwierciedlają rzeczywistej urody tego miejsca…
Kilka godzin później wylądowałem w Mexico City. Jeszcze w rękawie prowadzącym z samolotu do terminala wszyscy pasażerowie zostali poproszeni o okazanie paszportów. Mój został zatrzymany i kazano mi poczekać na boku. Jak się okazało, zatrzymano w ten sposób wszystkich Polaków i jednego Rumuna. Zaprowadzono nas do „kanciapy” celników, gdzie spisano nasze dane oraz dane z biletów. Przetrzymali nas niecałą godzinę i puścili dalej. Widać Europa Wschodnia jest niebezpiecznym rejonem wg. niektórych służb celnych
Po odebraniu bagażu udałem się do wyjścia, kupując po drodze bilet na taksówkę. W Mexico City są dwa rodzaje taksówek – zwykłe oraz autoryzowane. Te pierwsze jeżdżą jak w Polsce, wg. taksometru. Te drugie są droższe, ale bardziej luksusowe i, dzięki temu, że kupuje się wcześniej bilet do określonej lokalizacji, bezpieczniejsze, bo nie ma możliwości, że kierowca nas oszuka.
Taksówkarz zawiózł mnie na Central Camionera del Norte – północny dworzec autobusowy. Tam zakupiłem bilet do Aguascalientes na tzw. Turistar Lujo – autobus pospieszny pierwszej klasy. Za 610 pesos dostajemy podróż w komfortowych warunkach – z miejscem na nogi i rozłożenie fotela (jest nawet podnóżek), klimatyzacją, toaletą oraz… WiFi!
Widział ktoś z Was coś takiego w Polsce?
Na miejsce dotarłem o 3:00 czasu miejscowego. Na dworcu w Aguascalientes czekał na mnie Julio – mój szef i jednocześnie gospodarz. Zawiózł do domu, przedstawił rodzinę i… pozwolił pójść spać
I w ten właśnie sposób rozpoczęła się najpoważniejsza wyprawa mojego dotychczasowego życia.








Witt, szyby w Boeingu brudne, oszronione czy… popękane?
Oszronione, temperatura powietrza na tej wysokosci to -50*C
Brawo!
Czekam na regularne wpisy
Autobusy w Meksyku w wersji luksusowej to „normalka” – zbyt duże odległości i zbyt wysoka temperatura, żeby jeździć jakimś gratem bez klimy i bez gadżetów. Skutecznie konkurują z lotnictwem.
Jak tam twój hiszpański?
W turystycznych miejscach trochę ludzi mówi po angielsku, ale poza nimi to średnio…
Wpisy postaram się robić codziennie, drugi będzie już niebawem. Mój hiszpański jest obecnie zerowy. Szef trochę po angielsku duka, jego syn lepiej, więc jakoś dogadać się mogę. Mam ze sobą szybki kurs multimedialny, to lada dzień do niego siądę. Myślę, że jak opanuję podstawy to mając codzienny kontakt z językiem zrobię szybkie postępy.
Czekam na wpisy!!!
Heh, tylko czy to kurs meksykańskiego hiszpańskiego?

Skoro „oni” tacy nieangielscy, to będzie zapewne wesoło.
Zresztą…w Meksyku musi być wesoło i tak
Teoretycznie ich hiszpański to kastylijski, czyli ten „oficjalny”. Pewnie na przestrzeni lat jakieś lokalne naleciałości się narobiły, ale podejrzewam, że na moim poziomie znajomości języka nie będzie to problemem
Ciekawie
na sama myśl o potrawach mi głód przychodzi