My Writings. My Thoughts.
Dzień 6. – Adventure time!
// Lipiec 8th, 2010 // 6 Comments » // Bez kategorii
Dziś będzie mało słów. Niech zdjęcia mówią same. Ogólnie niedziela upłynęła pod znakiem wyprawy za miasto. Było pływanie łodzią po zbiorniku retencyjnym utworzonym w pobliżu malowniczego kanionu. Przepływaliśmy także obok sanktuarium połamanego Chrystusa. Brakuje mu nogi i ręki. Taka wizja artysty…
Po wycieczce łodzią pojechaliśmy do pobliskiej miejscowości, by przejść się parkiem linowym. Wrażenie niesamowite. Wysokość kilkudziesięciu metrów nad ziemią, skały, piękne widoki i rozmaite przeszkody.
Interesujące zakończenie pierwszego tygodnia w nowym kraju.
Dzień 5. – „Reporterka” za granicą
// Lipiec 6th, 2010 // 12 Comments » // Bez kategorii
Dzień piąty (sobota) był ciekawym doświadczeniem. Julio zapytał, czy mam ochotę pomóc przy fotoreportażu z uroczystości zakończenia roku w jednej z okolicznych szkół gimnazjalnych. Byłem oczywiście pełen entuzjazmu dla tego pomysłu. Zapakowaliśmy sprzęt do samochodu i ruszyliśmy po dwóch współpracowników Julia, którzy mieli obstawiać imprezę przy pomocy kamer. Po drodze zaczął padać deszcz. Chyba szybko się od niego nie uwolnię. Chłopaków odebraliśmy na mieście, gdzie zapakowali się na skrzynię Juliowego pick-upa (co ciekawe – taki przewóz ludzi jest tutaj całkowicie dozwolony).
Na miejsce dotarliśmy o 8:30. Rozładowanie sprzętu i przejście do sali, w której miało odbywać się zakończenie. Pierwsze wrażenie po wejściu do szkoły – wygląda jak hotel. Szklane ściany, szklane drzwi, nowoczesny wystrój, marmury na podłodze… pełna elegancja. Mamy pół godziny na przygotowanie. Wchodzimy do sali. Od razu rzuciły mi się w oczy trudne warunki oświetleniowe. Było zwyczajnie ciemno, do tego jeszcze w żyrandolach paskudne żarówki jarzeniowe – będą problemy z zielonkawym zafarbem na zdjęciach. Szybkie zorientowanie w sytuacji – światłomierz pokazał 1/15 sekundy przy f/5.6 na ISO 1600. Ciemno. Że też, cholera, musiałem zostawić w domu zewnętrzną lampę! No nic, jakoś sobie poradzimy. Przestawiłem aparat w tryb manualny, przysłona f/5.6, czas 1/25 sekundy, ISO 1600 i próby z błyskadełkiem wbudowanym w korpus aparatu. Po kilku pierwszych strzałach stwierdziłem, że coś może jednak z tego będzie. Krótka rozmowa z Julio – on obstawia główną część ceremonii – rozdanie świadectw, ja mam za zadanie uzupełniać zdjęciami z przeciwległej strony oraz wyłapywać ciekawe sytuacje w tłumie. Damy radę.
Zaczęło się – najpierw oczywiście przemówienia dyrektora, jakieś pochwały itd. Standard. Wszyscy słuchają a potem biją brawo. Zupełnie jak u nas. Z jedną różnicą – tutaj jednak widać więcej uśmiechu.
Rozpoczęło się rozdawanie świadectw i skończyło dość szybko, gdyż klasy były tylko dwie. Potem nastąpiła prezentacja wideo, którą Julio przygotował dzień wcześniej, bazując na zdjęciach uczniów. Postanowiłem wykorzystać ten moment na wyłapywanie z tłumu pojedynczych twarzy oraz interesujących emocji. Zapiąłem Minoltę 135 mm f/2.8, wyłączyłem lampę i podbiłem ISO do 3200.
Po prezentacji wszyscy zaczęli się ze sobą żegnać. Kolejna okazja do wyłapywania emocji i ciekawych zachowań. Były przytulasy, uśmiechy, łzy wzruszenia, pozowanie do zdjęć – pełen zestaw.
Po imprezie spakowaliśmy sprzęt, odwieźliśmy kamerzystów do domu i sami wróciliśmy na zasłużone śniadanie. Było około godz. 11:30. Resztę dnia spędziłem obrabiając zdjęcia, odsypiając zmianę strefy czasowej i aktualizując bloga. Krótko mówiąc – odpoczywałem, bo wiedziałem, że czeka mnie niedziela pełna wrażeń. I nie pomyliłem się.
Dzień 4. – Deszcz. Deszcz?! Tutaj?! – część 2.
// Lipiec 6th, 2010 // Komentarze są wyłączone // Bez kategorii
Ciąg dalszy dnia czwartego. Wyjazd z Juliem do fotolabu został poprzedzony wypadem do jego „studio”, czyli biura. Biuro to mieści się w ich drugim domu, na lekkim uboczu, 5 minut jazdy samochodem od domu podstawowego. Julio trzyma tutaj cały swój sprzęt oraz komputery składane dla klientów.
Zaciekawiła mnie antena na dachu domu. Służy do przesyłania Internetu. Pewnie nic specjalnego, ale jakoś nie jestem mocno zaznajomiony z technikami radiowego przesyłu danych i w Polsce takiej anteny nie widziałem. Łącze symetryczne 512kbps.
A tak wygląda okolica:
Po wywołaniu zdjęć Julio postanowił pokazać mi miejski stadion piłkarski. Pracuje na nim jeden z jego współpracowników, więc przy pomocy jego nazwiska oraz banknotu o nominale 100 pesos udało się wejść na teren boiska.
A to mój gospodarz, Julio:
Ze stadionu pojechaliśmy do dawnej kolejowej stacji naprawczej przerobionej na salę ekspozycyjną oraz do muzeum kolejnictwa. W Meksyku kolej funkcjonuje wyłącznie w formie towarowej. Po prywatyzacji przewoźnicy uznali, że transport pasażerski jest nieopłacalny, więc go zlikwidowali. Od tego czasu (a będzie to już prawie 20 lat) Meksykanie muszę liczyć na autobusy oraz lotnictwo.
W hali ekspozycyjnej trwały akurat przygotowania do wesela. Zabroniono mi robić zdjęcia, bo niby bali się o zastrzeżony układ ozdoby stołów. Hmm… jakby im to powiedzieć… za późno
Poniżej muzeum kolejnictwa:
Mają tam też fontannę, która „tańczy” w rytm muzyki. Nie wiem czy każdej, czy tylko jednego, zaprogramowanego utworu. Prawdopodobnie to drugie.
Po tym wszystkim wróciliśmy do domu. Było już dość późno, więc zamknąłem się w pokoju, by pogadać na skajpie.
Dzień 4. – Deszcz. Deszcz?! Tutaj?! – część 1.
// Lipiec 3rd, 2010 // 3 Comments » // Bez kategorii
Ano, właśnie – dnia czwartego zaskoczył mnie deszcz. Nie spodziewałem się go tutaj tak szybko. Od razu zrobiło się chłodniej, ale padało całkiem solidnie. Jak się trochę przejaśniło, wybraliśmy się z Oscarem na miasto. Najpierw taksówką pojechaliśmy na uniwersytet. Wygląda dość nietypowo – campus jest zupełnie otwarty, sporo zieleni, za to budynki są maksymalnie dwupiętrowe. Sale zajęciowe w znakomitej większości mieszczą się po trzy w parterowych barakach. Teren uniwersytetu jest podzielony na dwa rejony: inżyniersko-ekonomiczny oraz artystyczny. Studiuje się tu niemal wszystko. Nawet jakiś wydział medycyny jest. Najfajniejsze studentki oczywiście w części artystycznej
Po zwiedzeniu uniwersytetu udaliśmy się autobusem do centrum. Autobusy miejskie w Aguascalientes nie zachwycają standardem podróży. Są małe, ciasne, stare i śmierdzące. Za to niedrogie – 5.50 pesos (około 1,25 zł) za przejazd (nie ma biletów ulgowych). Czasem można w nich trafić na jegomościów zarabiających na życie wydawaniem z siebie bliżej niezidentyfikowanego wycia przy akompaniamencie rozstrojonej gitary. Ot, folklor…
W centrum spróbowałem miejscowej przekąski – gotowanej kukurydzy z majonezem, masłem, chili i kozim serem. Oscar się zachwycał, mi nie podeszło. Poszliśmy też wypić napój czekoladowy. Na koniec zajrzeliśmy do muzeum historii Meksyku. Trochę eksponatów archeologicznych, broni, kartek religijnych i naczyń. Pasjonatem muzeów nie jestem. To zdecydowanie nie przyczyniło się do zmiany mojego zdania na ich temat.
Po muzeum wróciliśmy do domu. Na obiad była gęsta zupa jarzynowa (oczywiście nie mogło w niej zabraknąć kukurydzy) oraz kotlet z piersi kurczaka w panierce, zagryzany chlebem. Nie wiem co jest z ich jedzeniem nie tak, ale ledwo to wszystko wcisnąłem. I znowu nie miałem wieczorem miejsca na tacos…
Po obiedzie Julio zaproponował, bym wybrał się z nim na przejażdżkę do centrum, bo musi wydrukować parę zdjęć. Oczywiście się zgodziłem. Zobaczyłem przy okazji kilka ciekawych miejsc, ale to opiszę niebawem w kolejnym poście.
Dzień 3. – dzień „kanapowy”
// Lipiec 3rd, 2010 // 2 Comments » // Bez kategorii
Dzień trzeci trochę rozbiegł się z moimi oczekiwaniami i w konsekwencji niewiele jest do opowiadania. Rano Julio powiedział, że musi jechać do pracy i jak wróci około 12:00, to pojedziemy do biura zająć się naszymi projektami. No to czekając na niego usiadłem do laptopa i zabrałem się za stawianie tego bloga. Około 11:00 żona Julia przyniosła z pobliskiego baru miejscowy „specjał” – gordita. Placek kukurydziany (czy jest coś, do czego oni nie używają kukurydzy??) z mięsnym, pikantnym farszem. Czym to się różni od tacos poza kształtem to nie wiem
Może się dowiem niebawem jak spróbuję „kupnych” tacos. Całkiem smaczne było.
Julio miał być o 12:00 a wrócił o 15:00. No to obiad – tortille z mieszanką mięsa wołowego, parówek, żółtego sera, ananasa i paru innych, mniej widocznych składników. Do tego jedna z dwóch sals – czerwona, o której pisałem wcześniej: pomidory i chili w stosunku 1:1, oraz druga, zielona z lokalnych zielonych, kwaskowatych pomidorów, chili i avocado, w proporcjach 3 chili na 1 pomidora, więc sporo ostrzejsza, ale w niedużej ilości bardzo smaczna.
Julio stwierdził, że skoro już tak późno, to nie ma sensu jechać do biura, równie dobrze możemy popracować w domu, bo chodziło tylko o omówienie projektów i zrobienie wstępnego planu działania. Ogólnie projekty są trzy – podstawowy, który miałem zapisany w ofercie praktyki: przerobienie sześciu baz danych Accessa na jedną w postaci umożliwiającej dostęp zdalny przez Internet oraz przygotowanie systemu do zarządzania nimi. Wszystko to dla mobilnego kasyna, które działa tylko raz w roku, podczas jakiegoś festiwalu (tylko wtedy hazard jest w Meksyku dozwolony).
Projekt drugi: wewnętrzny „portal” społecznościowy dla college’ów. Do tego przygotowanie pod późniejszy „e-dziekanat”.
Projekt trzeci: nowa strona biznesu fotograficznego Julia.
Nienajgorzej, będzie co robić.
Wieczór spędziłem na dalszym dłubaniu przy blogu, rozmowach ze znajomymi oraz przeglądaniu Internetu. Prawie jak w domu







































































